Bo magia (życia) nie zna granic

Zastanawiałeś się kiedyś, co jest w tobołku Głupca? A no nie wiadomo. Przynajmniej nie od razu. Sam Głupiec tego nie wie. Nosi swój worek wszędzie ze sobą, ale nigdy go nie otwiera… Minie dużo czasu, zanim odważy się zajrzeć do środka i otworzyć na to, co tam znajdzie.

Długo zajmowałam się Tarotem, zanim postanowiłam otwarcie mówić o swoim zajęciu. Przez większość tego czasu używałam pseudonimu, a o mojej pasji nie wiedział prawie nikt, kto znał mnie osobiście. Mieszkając w Polsce bałam się krytyki, oceny, oczami wyobraźni widziałam moją babcię goniącą mnie z krzyżem i wodą święconą.  Uważałam, że to niesprzyjające okoliczności albo nieodpowiedni ludzie wokół mnie sprawiają, że nie mówię swobodnie o tym, czym się zajmuję. Kiedy postanowiłam zamieszkać w innym kraju, byłam przekonana, że zmiana środowiska ułatwi mi wyjście z przysłowiowej szafy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku pierwszych tygodniach pobytu w Islandii odkryłam, że wszystkie moje blokady zabrałam ze sobą. W Polsce zostawiłam przyjaciół, ukochane książki, ulubione talie kart, ale nie swoje lęki. Lęk przed odrzuceniem, przed krytyką – wszystko to było ciągle przy mnie, jak tarotowy tobołek przy Głupcu.

W Islandii zakochałam się w drugim tygodniu pobytu. Do dziś nie zapomnę tego uczucia, kiedy spacerując po plaży z widokiem wieżyczka z kamykówna ośnieżone góry tąpnęło we mnie przeszywające na wskroś uczucie…,znany mi z innych sytuacji wewnętrzny głos, który najpierw stanowczym szeptem, a potem radosnym krzykiem oznajmił, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Każdy kolejny tydzień, miesiąc i rok potwierdzają tę wiadomość. Cenię to miejsce przede wszystkim za życzliwość mieszkańców, czystą wodę, bezbarwne powietrze. W miarę poznawania języka dowiaduję się coraz więcej o tutejszych wierzeniach, przesądach, nawiązuję bliższe relacje ze wspaniałymi ludźmi.

Bardzo podobają mi się islandzkie wierzenia, codzienne rozmowy nawiązuję do elfów, duchów. Wiecie, że ponad połowa Islandczyków wierzy w nadprzyrodzone istoty? Jest ich całe mnóstwo, jednak często pozostają niewidoczne dla ludzi, stąd ich nazwa: „Huldufólk” -ukryci ludzie. Są różne rodzaje elfów, trolli i innych stworzeń, a sam język islandzki obfituje w wymyślne określenia na ich temat. Przywiązanie do tradycyjnych wierzeń jest tak silne, że w Islandii wstrzymuje się niejednokrotnie budowy dróg właśnie dlatego, że planowana trasa przebiega przez tereny zamieszkiwane przez „ukrytych ludzi” albo elfy właśnie. Istnieją osoby będące medium – to one pośredniczą wtedy w rozmowach i pomagają porozumieć się z elfami, by móc znaleźć odpowiednie i dla ludzi i dla nich, rozwiązanie. Temat elfów jest tak interesujący, że kiedyś opiszę go szerzej w oddzielnym wpisie.

To zadziwiające, jak ludzie mogą być do siebie podobni, niezależnie od tego, skąd pochodzą. Wszyscy tak samo pragniemy miłości i chcemy mieć szczęśliwe życie. Możemy też być od siebie zupełnie różni, a dzięki temu interesujący, inspirujący. Myślę, że to właśnie otwartość Islandczyków, ich wolna od ocen postawa wobec ludzi pomogły mi przezwyciężyć swoje bariery i zmniejszyć lęk przed nieprzychylnymi komentarzami. 

My, ludzie jesteśmy do siebie bardzo, bardzo podobni. Wszyscy tak samo pragniemy miłości.

Ale czy na pewno? Czy to zmiana miejsca na bardziej sprzyjające, a otoczenia na bardziej przychylne dodały mi odwagi w byciu sobą i swobodnym mówieniu o nietypowym zajęciu? Cichy głos na dnie mojego serca podpowiada mi, że to nie do końca tak. Że bycie autentycznym nie zależy od miejsca, spotykanych ludzi, szczęścia czy czegokolwiek innego, ale od świadomej decyzji. Ten cichy głos ciągle podpowiada mi, że albo się na coś decydujesz albo nie, albo masz odwagę do bycia sobą albo to bycie sobą w nieskończoność odkładasz, czekając na odpowiedni czas, ludzi, okoliczności, sytuację finansową pogodę… i co tam jeszcze wymyślisz.

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy gdybym została w Polsce, albo wyjechała do innego, niż Islandia kraju, miałabym podobne doświadczenia związane z byciem i nie-byciem sobą.  I to gdybanie zainspirowało mnie do napisania tego tekstu. Dotarłam do kobiet, które realizują podobne (do mojej) pasje, podobnie jak ja zajmują się ezoteryką, i które mieszkają poza granicami Polski.  Tę fantastyczna możliwość miałam dzięki istnieniu fejsbukowej grupy tarotowej prowadzonej przez Dorotę (www.wtajemniczone.pl), za co jestem jej bardzo wdzięczna. Opowieści dziewczyn o ich doświadczeniach były tak ciekawe, że muszę podzielić się przynajmniej ich fragmentami.

Dzięki zaangażowaniu tych cudownych kobiet miałam możliwość podróżować – choć tylko w wyobraźni, ale jednak – do innych zakątków świata, poznając nieznane mi wcześniej wróżebne zwyczaje i dowiadując się wielu ciekawych rzeczy o podejściu obcokrajowców do Tarota, wróżb i magii, ale nie tylko…

Dlatego że Ania, (link do FB Ani) która mieszka w Hong Kongu, mimo że nie spotkała się tam z Tarotem, to opowiedziała mi o innych, bardzo ciekawych zwyczajach wróżebnych Chińczyków, których postrzegam jako bardzo uduchowionych.

Wong Tai Sin Temple – świątynia, którą odwiedziła Ania spełnia każde życzenie, zanim się je wypowie. Nic dziwnego, że panuje tam ogromny ruch – wyznawcy aż trzech religii – Taoizmu, Buddyzmu i Konfucjonizmu przemieszczają się między pięcioma budynkami symbolizującymi 5 żywiołów (Metal, Drewno, Wodę, Ogień i Ziemię). Przy wejściu do świątyni można sobie powróżyć potrząsając specjalnym naczyniem, aż wypadnie z niego bambusowy patyczek z numerem wróżby w Księdze Przepowiedni. A jeśli ktoś ma wróżebny niedosyt, to tuż obok świątyni, w podziemnym przejściu znajduje się pasaż wróżbitów.

W innej odwiedzonej przez Anię świątyni, ludzie wróżą sobie rzucając kamieniami na podłogę. To świątynia Man Mo – kojarzona z duszącym zapachem ogromnych kadzideł zawieszanych tuż pod sufitem tak, by popiół opadał ludziom na ramiona. Najbardziej jednak zaciekawił mnie nocny market, gdzie oprócz tradycyjnych zakupów można skorzystać z rady numerologa, pozwolić, by ktoś poczytał z ręki. To Temple Street – tam spotkasz nawet wróżące ptaszki. Ania, choć korzysta z wróżb i sama posługuje się Tarotem, to jest przekonana o tym, że to my sami jesteśmy kowalami własnego losu.

Podobnego zdania jest Martyna – pół Polka, pół Francuska, mieszkająca w regionie Aveyron, na południu Francji.  Według Martyny (link do konta FB), Tarot to nośnik informacji, narzędzie do uzyskania wskazówki, z której możemy skorzystać, ale nie musimy, bo to my decydujemy o własnym losie. We Francji ludzie traktują wróżbę jako drogowskaz, a nie jak wyrocznię, dobrze wiedząc o tym, że to my sami kreujemy swoją rzeczywistość. Dzięki temu tarociści nie są obarczani odpowiedzialnością za czyjeś wybory, co niestety często mam miejsce w Polsce.

Martyna nigdy nie miała problemu z mówieniem swobodnie o tym, czym się zajmuje – Tarot i magia towarzyszą jej rodzinie od sześciu pokoleń, a ona sama związana jest z ezoteryką od dziecka, dla niej posługiwanie się kartami jest czymś zupełnie naturalnym. Martyna rozbudziła we mnie zaciekawienie historią regionu Aveyron. Opowieści o czasach Katarów, ich wierzeniach i poglądach sprawiły, że zapragnęłam, odwiedzić to miejsce. Martyna, żeby zobrazować, jak katolicyzm przeplata się z innymi formami wierzeń, opowiedziała mi o  katolickiej kaplicy pw. Jana Chrzciciela, powstałej około 300 roku, która, choć odbywały się tam msze katolickie, posiadała na swoim terenie cmentarz, który wyraźnie wskazuje na niekatolicki pochówek.

Przenieśmy się do Anglii, gdzie mieszkają dwie z moich rozmówczyń. Eve kartami zajmuje się od ponad 25 lat, ale wie o tym zaledwie kilu jej znajomych. W małej miejscowości łatwo jest o podejrzliwe spojrzenia, a ona nie chce, by jej znajomi i sąsiedzi przypięli jej jedną z tych etykiet w stylu „nawiedzona wróżka ze szklaną kulą”. Anonimowość nie stoi jednak na przeszkodzie w rozwijaniu swojej pasji – Eve, mimo codziennych obowiązków, znajduje czas na prowadzenie tarotowego bloga o nazwie „Szepty Tarota”  Eve często słyszy od znajomych, że korzystają z usług wróżek, w kraju jest mnóstwo sklepów ezoterycznych. Tarocistę można znaleźć chociażby przeglądając ogłoszenia na sklepowej witrynie, w pobliskim pubie zdarzają się wieczory wróżebne, można zamówić sobie seans. Eve zdarzyło się stawiać karty Brytyjczykom, jednak wspomniała o bardzo ważnej rzeczy – mimo płynności językowej, napotyka się na barierę językową, ponieważ w trakcie interpretacji kart Tarota używa się niecodziennego języka, głębszego, bogatego w symbole. Bardzo dobrze to rozumiem, bo choć sama nie porzucam zamiaru stawiania kart dla Islandczyków, to  wiąże się to z dodatkowym wysiłkiem. Ciągle uczę się języka, sesje prowadzone po islandzku trwają u mnie nieco dłużej, bo zawsze chcę mieć pewność, że rozmówca dobrze mnie zrozumiał.


Alina
, znana jako Pure Witch, mieszka w Anglii od 2,5 roku. Mieszkańców Corby ceni przede wszystkim za tolerancję, otwartość i chęć niesienia pomocy. Na co dzień pracuje z osobami starszymi, a w każdej wolnej chwili zajmuje się magią. Z radością pisze horoskopy, zaklęcia, rytuały, a swoim tarotowym klientom rozdaje magiczne mydełka przygotowane wg jej własnych receptur. Sama zapragnęłam poczuć zapach jednego z tych lawendowych…  Alina nie afiszuje się ze swoją magiczną stroną, jednak Pentakl, który nosi na szyi i zawieszka z napisem „Tarot” wzbudzają ciekawość i prowokują pytania, na które chętnie odpowiada. Wedłg Purew Witch ewentualna niechęć do ezoteryków albo obawy przed magią wynikają z niewiedzy i stereotypów, a jej pomoc opiera się przede wszystkim na wsparciu w zrozumieniu i oczyszczeniu przeszłości, by móc jaśniej patrzeć w przyszłość.  To pomoc w zmianie nastawienia i włączeniu pozytywnego myślenia.  Więcej o Pure Witch i jej magicznych zaklęciach możecie znaleźć na jej stronie.

To w Anglii działali Aleister Crowley i Arthur Edward Waite dwóch znanych okultystów, o których słyszał każdy tarocista, to tu powstał Zakon Złotego Brzasku. Anglia wydaje się być idealnym miejscem do zgłębiania historii tarota i magii. Marta (link do FB Marty), choć na stałe mieszka w Niemczech, to bardzo miło wspomina wycieczki do krainy Avalon w Anglii, do Glastongury. Działa tam więcej niż 70 różnych duchowych ścieżek wiary, w tym ścieżek pogańskich. Mieszkają tam druidzi, wiccarianie, czarownice, wyznawcy New Age, czy czciciele Bogini (The Goddess). W każdym sklepie można nabyć artykuły ezoteryczne, począwszy od kart Tarota po szklane kule i odpowiedni ubiór. Każdy znajdzie coś dla siebie. Na ulicach mija się reklamy wróżek, które postawią karty, miejsc, w których można uzdrowić energię i oczyścić czakry. Wydawane jest też lokalne pismo okultystyczne, w którym można przeczytać o aktualnych akcjach, festiwalach i zapoznać się z ofertą tamtejszych ezoteryków. Na ulicach mija się ludzi niecodziennie poubieranych, a w sklepie można zostać obsłużonym przez pracownika z uszami elfa. Tam ezoteryka nie jest tematem tabu.

Marta opowiedziała mi również o podobnym miejscu w Niemczech, gdzie jeden raz w roku zlatują się czarownice z całego kraju.  Jest to Hexentanzplatz (Plac Tańca Czarownic) w Górach Harz. Zlot odbywa się w noc Walpurgii. Jeśli ktoś chciałby zarezerwować nocleg w tym czasie w okolicznych hotelach i pensjonatach, musi zrobić to z rocznym wyprzedzeniem. W okolicznych miejscowościach, nie tylko w sklepach, ale też na dachach prywatnych domów, w ogródkach i restauracjach, powystawiane są kukły czarownic. Nikogo to nie szokuje.

Bardzo podoba mi się ten zwyczaj. Ciekawa jestem, czy na zlocie zjawiają się wszystkie wiedźmy i czarownice, czy tylko te dyplomowane, bo według QMieczy – mojej kolejnej rozmówczyni, „jeśli w Niemczech nie masz papierka, to nie istniejesz, nawet w dziedzinie tak niszowej, jak ezoteryka”.  Dla QMieczy Tarot jest jednym ze źródeł dochodu, naturalnie mówi o swoim zajęciu. Twierdzi, że Niemcy, choć z reguły zamknięci  i bardzo chroniący swoją prywatność, są na ezoterykę bardzo otwarci. Ogromną popularnością cieszą się tam programy wróżebne w telewizji czy tematyczne kanały na Youtube. QMieczy zainteresowała mnie nietypowymi metodami jednej z niemieckich ezoteryczek, której dokładny opis można znaleźć na jej stronie.

Ruszamy palcem po mapie w przeciwnym kierunku – do Michaliny, która mieszka na Ukrainie, skąd pochodzi jej mąż. Wyobraźcie sobie mały drewniany dom na typowej hermetycznej, ukraińskiej wsi. Zazdroszczę Michalinie (link do konta FB) takich klimatów – od razu skojarzyło mi się to z podlaskimi szeptuchami.., z dzieciństwem spędzanym u babci.

„Poglądy nieco zaściankowe, ale ludzie przyjaźni. Na przeziębienie serwują szklankę święconej wody i oburzają się na widok mężczyzny  zmywającego naczynia”.

Michalina nie afiszuje się ze swoim zajęciem. Jej telefoniczni klienci to głównie osoby z Polski.  Tam gdzie mieszka „magia”, tarot uważane są za zło, ludzie boją się korzystać z porad wróżek, jeśli już to robią, to po kryjomu. Wróżby wywołują przestrach pomieszany z respektem i ciekawością, mają smak zakazanego owocu. Choć Michalina nie ma wielu klientów i ograniczony dostęp do księgarni i sklepów ezoterycznych, to i tak bardzo ceni sobie życie na Ukrainie. „Ludzie żyją tu prościej, bez tego zachodnioeuropejskiego stresu. Jedzą zdrowiej, mniej. Tradycje wciąż są tu ważne, a zasady moralne mocno ugruntowane”.  Na szczęście Internet dociera wszędzie i Michalina, mimo przeprowadzki może prowadzić tarotowego bloga.

„Bruja” – tak mówią na Agę Hiszpanie – „czarownica”. Agnieszka (link do konta FB) twierdzi, że reakcje na karty Tarota są wszędzie takie same: jedni wierzą, drudzy nie wierzą, bez znaczenia, czy to Polacy czy Hiszpanie, dlatego sama zawsze mówi otwarcie, że interesuje się Tarotem.

„Przy Hiszpanach nie wstydzisz się być sobą, oni są po prostu normalni. Niezaściankowi, głośni w pozytywnym znaczeniu tego słowa – jak mają coś do powiedzenia, to po prostu mówią. W Polce ludzie są bardzo poważni, wszytko biorą na serio, zadowalają się tym, co mają i nie szukają innych rozwiązań, są smutni. Ale to pewnie przez brak słońca… w Hiszpanii jest mnóstwo słońca!”

Piszę ten tekst w środku islandzkiej zimy. Za oknem sypie, jest ciemno.., a ja mimo wszystko, dzięki słowom Agnieszki, a za chwile również Sabiny czuję, że ta słoneczność zaczyna mi się udzielać.

Sabina od wielu lat mieszka we Włoszech. Tarota traktuje jako indywidualną ścieżkę rozwoju duchowego, i choć nie zajmuje się nim zawodowo, to swobodnie mówi o swojej pasji, kiedy tylko jest ku temu okazja.

„We Włoszech nauczyłam się nie tracić czasu na zastanawianie się, co inni o mnie myślą. Tu jest dość luźno, nic nie szokuje, a ludzie nie są wścibscy”.

Według Sabiny (konto FB) Włosi uwielbiają Tarota, sama zna wielu ezoteryków, obraca się w towarzystwie „wróżebnym”, to jej styl życia. Joga, zielarstwo, kryształy, karty – wszystko przeplata się z codziennymi zajęciami. Najbliższa przyjaciółka Sabiny, Francesca, pracuje jako wróżka, choć ma wykształcenie prawnicze, była ławnikiem, a jej syn kandydował na burmistrza miasta. Podczas ostatniej przeprowadzki Sabiny, jej pracodawca upewnił się, że ma zamiar posypać kąty mieszkania solą, w celu oczyszczenia. To pokazuje skalę otwartości mentalnej Włochów – takie praktyki są tam codziennością. Bardzo popularnym we Włoszech amuletem jest rożek neapolitański, będący symbolem życia i potrafiący odstraszać złe moce.Według przesądów, by przynosił szczęście musi być podarowany (a nie kupiony). Poza tym musi być sztywny, ostry, wklęsły w środku i o formie sinusoidalnej, zawieszany w autach, mieszkaniach, można go kupić w bardzo wielu miejscach, ale najlepiej, jak jest wykonany ręcznie.

Sabina robi to, co lubi, idzie swoją drogą, nie tracąc czasu na martwienie się opinią innych. Jej optymizm zaczął mi się udzielać. Nie wydaje mi się, żeby jakieś miejsca były bardziej, a inne mniej sprzyjające. Tym bardziej okoliczności. Myślę, że jak coś kochasz, jak coś jest Twoją prawdziwą pasją, to będziesz to robić w każdym miejscu, o każdym czasie, bez względu na to, jakich ludzi spotykasz. Robisz to, bo to część Ciebie. Nawet jak spotkasz się czasem z krytyką, nawet jak popełnisz błąd i parę razy Ci nie wyjdzie. Nawet jak ktoś Cię obśmieje. Każdy jest narażony na wszystkie te sytuacje, bez względu na to, czym się zajmuje. Powodem wszystkiego jest robienie czegokolwiek, błędów nie popełniają tylko ci, którzy nic nie robią 

Powodem wszystkiego jest robienie czegokolwiek.

Jaką więc cenę jesteś gotowy zapłacić za robienie tego, co kochasz? Moją ceną było przezwyciężenie własnych obaw i lęków. Bałam się, że stracę znajomych, którzy nie rozumieli mojej pasji, bałam się krytyki, odrzucenia. Do tej pory płacę tę cenę – codziennie pracując nad tym, by mieć odwagę wyrażać to, kim naprawdę jestem.  Ale radość i spełnienie, jakie to za sobą niesie warte jest tej ceny. Porzuciłam pseudonimy, wyszłam do ludzi z konkretną ofertą. To, czego najbardziej się bałam okazało się tym, czego z serca pragnęłam. Radość z możliwości pomagania tym, którzy potrzebują takiej właśnie formy wsparcia – bezcenna! Im dłużej pracuję z Tarotem, tym bardziej przekonuję się, że moje ograniczenia były wyłącznie we mnie, w mojej głowie. A odkąd realizuję swój własny plan, idę swoją indywidualną ścieżką, czuję się spełniona, poznaję wielu wspaniałych ludzi, jak chociażby te cudowne kobiety: Anię, Martynę, Michalinę, QMieczy, Martę, Agnieszkę,  Sabinę, Alinę, Eve.

Bo to, czego najbardziej się boimy, okazuje się tym, czego świat od nas pragnie.